Podczas drogi szejk Hatim dobrze się nami opiekował, a było to szczególnie przydatne, ponieważ podróżowaliśmy w górę Białego Nilu. Trasa ta była niebezpieczna, często musieliśmy nadkładać drogi, aby ominąć przeszkody. Po pewnym czasie moim oczom ukazał się piękny widok. Po obu stronach rzeki rozciągała się dżungla. Była ona plontaniną roślin i wysoko wznoszących się drzew. Pomiędzy trawą poukrywane były kopce termitów. W suchszysz miejscach rozciągały się gaje akacji. Widok ten był zapierający dech w piersiach, oczarowujacy swoją dzikością i egzotycznością. Czasami mogłem ujrzeć słonie, żyrafy, bawoły bądź stada antylop. Mnie zachwycały te widoki, lecz nie dane było mi nimi nacieszyć oko, gdyż zaraz pojawił się kolejny problem. Organizm Nel słabł z każdym dniem, jej twarzyczka wychudła, zbielała. Cała zdawała się być krucha i jakby o krok od febry.
Po pewnym czasie dotarliśmy do Faszody. Okazało się, że musimy ruszyć dalej w poszukiwaniu Smaina. W samej Faszodzie nie mieszkał praktycznie nikt. Miejscowość ta była ogarnięta ospą i febrą. Wybraliśmy się dalej w drogę. Po dziewięciu dniach podróży straciliśmy trop. Zawsze szliśmy po śladach wygasłych ognisk i wypalonych ścieżek w dżungli, lecz w tym momencie droga rozgałęziała się, oddział Smaina rozdzielił się na pomniejsze grupy i każdy poszedł w inna stronę. Szliśmy dalej przez lasy aż wyszliśmy na skalisty teren. Jak okiem sięgnąć były tylko kamienie. Roślinności praktycznie nie było. Co pewien czas spomiędzy skał nieśmiało wychynęła jakaś roślina na przykład przypominające kaktusy euforbie, białawe starce, chowające się mimozy i drzewa o jasnozielonych liściach, które były pokarmem dla koni. Nie było tutaj rzek, jedynie co pewien czas padał deszcz. Wjechaliśmy do skalistego wąwozu. Pod ścianami rosło trochę mizernej trawki, ale głównie cierniste krzewy. Czasami wyrosło tam nawet drzewo. Nad wąwozem skakały szczekające pawiany, które zaczepiały siebie nawzajem. Nagle na skale przed nami zauważyliśmy lwa.
Lew był ogromny, wspaniały, onieśmielający. Był niczym król dżungli w złocistym futrze. Wszystkich ogarnęła panika. Lew był dla Beduinów największym postrachem. Nie mieli wyboru. Tylko ja umiałem posługiwać się dobrze sztucerem. Dali mi zabić lwa. Zapanowała cisza, moje nogi stały się jak z ołowiu. Lew zaczął szykować się do skoku i w tym momencie moja muszka wylądowała idealnie na jego czoło. Strzeliłem. Zwierz padł martwy. Napadł mnie szał. Z wściekłością pomyślałem o tym, jaki Gebhr był dla nas oktutny, ile przez niego wycierpieliśmy. Nie mogłem dopuścić, aby traktował tak nas choćby minutę dłużej. Za jednym zamachem zabiłem Gebhra i Chamisa. Dwóch pozostałych zamiast uciekać, rzuciło się na mnie. Oni również padli martwi. Oszczędziłem jedynie Kalego, który rzucił się przede mną na kolana błagając o litość. Byliśmy wolni.

Musieliśmy urządzić sobie obozowisko, w którym zaśniemy. Kali dogonił konie, które wcześniej spłoszone strzałem zaczęły uciekać. Ustawiliśmy namiocik Nel i otoczyliśmy go wysoką i kolczastą zeribą. Przygotowaliśmy resztę obozowiska i przyrządziliśmy strawę. Podczas wieczornej rozmowy, dowiedziałem się, że Kali jest synem króla Wa-himów, oraz, że po tym jak uratowałem mu życie, będzie mi dozgonnie wdzięczny i będzie mi służył. W nocy zaś, dowiedziałem się, że Nel boi się mnie po tym co zrobiłem. Zacząłem mieć wyrzuty sumienia. Następnego dnia złapały nas białe godziny. Jest to pora, w której wręcz nie da się wytrzymać upału, wszystkie zwierzęta chowają się, a na pustyni zapada cisza. Przeczekalismy ten czas w bezpiecznym miejscu, a następnie wyruszyłem na polowanie. Spotkałem stado podobnych do koni antylop gnu, pasących się pod baobabem. Zerwałem również parę dorodnych fig. Lecz i tego dnia spotkała nas niespodzianka. Zaginął Saba, który pobiegł za mną i Kalim, kiedy szliśmy na polowanie. Tym razem Kali wykazał jak bardzo mu na nas zależy i jak bardzo o nas dba. W nocy wymknął się i pomimo, że się bał, samotnie wyruszył i znalazł Sabę.
Staś


