Podróż trwała, a ja coraz bardziej traciłem nadzieję na ratunek. Dniami i nocami myślałem nad planami ucieczki, ale żaden nie zadziałał. Wszystko układało się zgodnie z zamysłem Beduinów, nie napotykaliśmy przeszkód. Pewnego dnia, kiedy zatrzymaliśmy się w szerokim khorze, którego dno pokrywały skały z pomiędzy których wyrastały karłowate krzaki, złapała nas ulewa. Różniła się ona od tej, którą możemy zobaczyć na przykład w Polsce. Deszcz nie siecze wraz z wiatrem, ale spokojnie spada z nieba wielkimi kroplami. Zaczyna się niewinnie, ale po pewnym czasie, zdaje się jakby z nieba leciały całe strumienie, czy nawet rzeki wody. Krople nie zatrzymują się nawet na chwilę, tylko coraz prędzej spadają z nieba. W krótką chwilę, potrafią wypełnić każdą jamę. Takie deszcze zdarzają się bardzo rzadko, ale są w stanie zapełnić mnóstwo cystern i napoić ziemię. To dzięki nim miasta afrykańskie mogą funkcjonować.
Zdaje się, że natura chciała mi pomóc w uwolnieniu się, dlatego wielka kropla skapująca z sufitu obudziła mnie, kiedy wszyscy spali. Był to idealny moment by wraz z Nel wymknąć się z wąwozu, lecz cały mój plan spełzł na niczym. Kiedy miałem się uwolnić, to ogromne psisko szczeknęło, tym samym budząc wszystkich. Podróżowaliśmy dnie i noce, a ja całkowicie straciłem nadzieję. Nie było już szansy na uwolnienie się. Trzy dni z rzędu podróżowaliśmy bez odpoczynku. Powietrze stało, upał był nie do wytrzymania. Wykończony ledwie trzymałem się na siodle, gdy zobaczyłęm widok, który podziałał na mnie jak kawa. Przede mną malowało się … Medinet! Było ono prawdziwą oazą. Smukłe palmy wznosiły się do góry szeleszcząc na łechcącym liście wietrzyku. Dostrzegłem pomiędzy plantacjami mandarynek białe domki i meczet. Gdzieś tam ukryty był strumyk ożywczej wody. Widok ten zachwycił nie tylko mnie, ale i Nel. Z radością wołała o tym, że nie długo spotka tatusiów. I sam bym w to nie wątpił, gdyby nie spokój Beduinów zbliżających się do Medinet. To dało mi do myślenia. Z tyłu głowa, zaczęła dobijać się myśl, której podświadomie nie chciałem dopuścić. To była tylko fatamorgana, zwidy.
W tym momencie nadzieja opuściła mnie ostatecznie. Wiedziałem, że czekam na pomoc, która nie nadejdzie. Od tego czasu zaczęliśmy podróżować nocą, ponieważ w dzień na pustyni było wielu strażników. Nawet jeżeli spotkaliśmy jakiegoś wartownika, to Beduini, albo go nabierali, że oni też pomagają szukać dzieci, albo przekabacali na stronę Mahdiego. Podróż nie była łatwa, Gebhr coraz częściej karał nas korbaczem. Pewnego dnia doświadczyliśmy bardzo osobliwego zdarzenia. Kiedy pocieszałem Nel wokół nas zaczął rozbrzmiewać dziwny cienki i metaliczny dźwięk. Przypominał on melodię wydobywaną z trzcinowej piszczałki. Po pewnym czasie Beduini stwierdzili, że to piaski zaczynają śpiewać. Było to osobliwe zjawisko, które zwiastowało, że przez długi czas nie będzie padało. Piaski śpiewały aż do zachodu słońca, po którym ruszyliśmy w dalszą drogę. Podczas podróży zdarzyło się, że musieliśmy pędzić bez wody dzień i noc, ale zawsze w ostatniej chwili udawało nam się wyratować. Jechaliśmy przez długi czas, ale zdawało się, że ta podróż szybko się nie skończy.
Staś


